niedziela, 11 maja 2014

K6 - kryminał w świecie gier planszowych.


K6#1

Telefon zadzwonił akurat gdy wysiadałam z samochodu pod domem. Wiedziałam, że gdy tylko przekroczę próg domu to stracę możliwość swobodnej rozmowy. Z kolei stanie samochodem pod własnym domem też dawało szansę, że wypatrzy mnie któryś ze stęsknionych domowników. Nie że stęsknionych za mną a za dostawą świeżych zakupów. Po cichutku, błogosławiąc w duchu cichy silnik, wycofałam się za garaż i odebrałam telefon. Dzwoniła Tośka, wiedziałam więc, że będzie dzwonić tak długo aż odbiorę.

- No i mówię ci. Grali do rana, całą noc. A on rano wrócił do domu. Tak powiedział policji. I że jak wychodził to wszyscy jeszcze byli żywi i omawiali rozgrywkę. I że ona też tam stała i się wymądrzała. A on wyszedł bo był zły, że przegrał.
- A w co oni grali?
- A nie wiem, czekaj, przypomnę sobie.Długie, takie bardzo długie i nudne. Coś ze staniem w tytule. Co to może być?
- Może Here I stand?
- A, tak. dokładnie to. Skąd wiedziałaś?
- Bo miałam nieprzyjemność grać.
- No tak. Zapominam czasami, że musisz grać we wszystko co Kitek do domu przyniesie. No ale słuchaj dalej. On się tłumaczy, że wrócił do domu, poszedł spać i już. 
- Wkurzył się, że przegrał i poszedł spać?! Przecież nikt mu nie uwierzy. Przecież znany jest z tego,że awanturuje się o każdy punkt zwycięstwa. Może chciał zasnąć, żeby zapomnieć? Ty, a może ona z nudów umarła podczas rozgrywki a nie ktoś ja trzasnął? Bo ona taka mało rozgarnięta była pomimo tych doktoratów.
- E, podobno ślady były mocno widoczne. Policja  weszła do domu i gdy zobaczyli wszędzie pudła z grami to zamarli. Stali przez chwilę i wyglądało, że zapomnieli po co przyszli. A ten, który miał pisać protokół to zapytał "szefie, to jak ja mam zacząć?"
- Trochę im się nie dziwię. Ale kogo oni właściwie podejrzewają?
- Nie wiadomo. Popytali, zrobili się strasznie milczący i wyszli. A ten od protokołu to się ciągle oglądał za siebie i patrzył na te gry jak wychodził. Technicy czy jak im tam, posypali wszystko proszkiem, pomachali miotełkami, zrobili więcej zdjęć niż fotograf na weselu i też poszli. I widziałam, że zdjęcia grom też robili. 
- Ciekawe, kto ją zabił. Jakieś ślady znaleźli?
- Pewnie tak. Ale pary z gęby nie puścili.
- Miała wrogów? Ty ją lepiej znałaś niż ja.
- Miliony. No, może trochę mniej. Ale dużo. Ona była głupia w taki szkodliwy sposób. Wszędzie jej było pełno. Nachalna, głośna blondynka, której się wydawało, że wie wszystko. Trudne to było do wytrzymania. Potrafiła każdą imprezę zepsuć. I nie dało się jej nie zaprosić. Ona po prostu przychodziła i już. I świergotała od progu. I udzielała rad.
- A jej ex mąż?
- A jej ex mąż jak na złość od roku siedzi w Szwecji i dobrze mu się wiedzie i ma w nosie ją i jej śmierć. I alibi ma. W biurze był. Wszyscy go widzieli.
- Pechowo. Mieliby głównego podejrzanego. A tak to muszą szukać. Już im współczuję. Ciekawe, czy wiedzą w jakie środowisko się ładują.
- Chyba nie. - Roześmiałam się w duchu. Środowisko graczy…Będzie im trudno się dogadać. 
- A skąd ona się na tym nocnym graniu wzięła? Ktoś ją zaprosił?
- Nikt. I w tym problem, że nikt nie pamięta, skąd ona się tam wzięła. Gra była na pięciu graczy więc nie mogli jej odmówić. Próbowali nawet udawać, że ich nie ma ale Karolek kichnął i było po sprawie. Wiesz, on ma alergię na kota a u nich są dwa koty.
- Pokarało ją. Za to wciskanie się.
- Bardzo. Ona miała przezwisko Dojazdówka, że wiesz, takie piąte koło u wozu. Pchała się do grania rękami i nogami. Wydawało jej się, że pokaże jaka mądra jest jak wygra. Milion pytań zawsze zadawała, żeby pokazać jak pięknie robi analizę. A co jedno to głupsze. 
- Ktoś w końcu nie wytrzymał?
- Myślisz, że to ktoś z naszych? Że już mięli dosyć tłumaczenia jej reguł gier? To byłby dziwny powód morderstwa.
- Szansa jest. 
- Dobra. To będziemy w kontakcie. Ja teraz jadę do Karolków na ploty. To może coś się dowiem.

Rozłączyłyśmy się i ruszyłam pod dom. Daleko nie miałam.

K6#2

Kaczka tym razem na szczęście nie miała piór i mogłam ją spokojnie macerować.
Słowa "macerować" nauczyłam się całkiem niedawno. Nawet nie sądziłam wcześniej, że może być osobna nazwa na nacieranie mięsa przyprawami.
Przebijając się przez różne przepisy odkrywam, że świat jest pełen kulinarnych słów o których istnieniu nie miałam pojęcia.
Kaczka wyglądała smętnie. Miałam nadzieję, że po moich masażach i obróbce termicznej nabierze kolorów.
Od kiedy Kitek odkrył, że są też inne zjadliwe ptaki poza kurczakami, oczekiwał co sobotę kaczki na obiad. Czekałam tylko, kiedy zamarzy mu się bażant. Taki w półmisku, z pięknym ogonem. Jak na filmach. Bażantów we wsi pod dostatkiem, głupie to i samobójcze, pod samochód włążą co krok. 
Pytanie tylko jak takiego rozjechanego bażanta upiec. I to z ogonem!
Nacierając zwłoki kaczki starałam się nie myśleć o zwłokach Dojazdówki. Ale nie dało się. Skojarzenie samo się nasuwało. Nawet intelekt obu denatek się zgadzał. Znałam Dojazdówkę od kilku lat. Naprawdę nazywała się Jolanta Sobotek. Pracowała na uczelni, uczyła jakiegoś dziwnego przedmiotu. Coś jakby wycinanki dla dzieci w przedszkolach. Nikt dokładnie nie wiedział, co to było. Chyba nawet jej studenci nie wiedzieli. Zrobiła z tego nawet doktorat. A może dwa? Przynajmniej tak twierdziła. Może w młodości była mądrzejsza. W bardzo wczesnej młodości. W wieku dojrzałym prezentowała poziom głupoty wprost niewyobrażalny. Wiecznie rozszczebiotana, chichocząca, nachalnie pchająca się do ludzi. Gdy miało się pecha spotkać ja w kawiarni, nie było mocnych, dosiadała się i opowiadała. Opowiadała i opowiadała. A co najgorsze - pouczała. Jadłaś akurat szarlotke? Otóż nie powinnaś. A może to są jablka z toksycznej uprawy. Piłaś kawę? Nie powinnaś. Kawa wypłukuje coś tam i gdzieś tam. Odważyłaś się zjeść przy niej sernik? No ależ proszę bardzo, na pewno nie był z sera tylko ze sztucznych składników. Przy tym całym gadaniu sama nie grzeszyła piękną figurą. Była męcząca. Pytanie tylko czy aż do tego stopnia, że ktoś mógł ją zabić z tego powodu?
I to ktoś z graczy? Kilka razy widziałam ją przy planszy gdy grała. Widziałam też resztę graczy gdy zaciskali zęby i starali się jej nie wygarnąć. Każde tłumaczenie reguł przy niej to był istny koszmar. Raz - że nie za bardzo słuchała. Dwa - nie za bardzo rozumiała. Trzy - zadawała głupie pytania na zasadzie "co by było gdyby".
Kaczka zaczynała woniać pięknie acz surowo. Trochę się w tych rozmyślaniach zagapiłam i wyglądało na to, że będzie to najlepiej natarta kaczka wszech czasów. I dobrze jej tak. Byle tylko Kitek to docenił. Chociaż, jeżeli doceni to pewnie stwierdzi, że jednak potrafię gotować. I tylko czekać jak wróci do domu z zapytaniem:
- Kochanie, czy te kolorowe ptaki, które tak latają po wsi to da się zjeść?
Oczyma wyobraźni widziałam już bażanta na stole. Wśród złotych kielichów i talerzy. Skąd ja wezmę złotą zastawę stołową?!
Otrząsnęłam się z rozmyślań i zapakowałam kaczkę do lodówki. Niech skruszeje. 

K6#3

Kaczka upiekła się pięknie. Została zgodnie spożyta przez rodzinę. Gdy już pogoniłam dzieci do załadowania zmywarki i usiadłam z kawą zadzwonił telefon.
- Byłam u Karolków - oznajmiła Tośka bez żadnych wstępów.
Znałyśmy się tyle lat, że zabawa w konwenanse nie miała najmniejszego sensu. Mogła jedynie wywołać obustronne zdziwienie.
- I co u Karolków?
- Karolek odchorowuje te koty. Alergia go ścięła tak, że ledwie dycha. Karolkowa zła bo mięli zaplanowany weekend a Karolek leży. 
- Ale że co, że katar go tak ściął?
- No a jak? Karolek może i fajny jest ale nie zapominaj, że to facet.
- No i co się dowiedziałaś?
- Niewiele bo oni sami niewiele wiedzą. Grali długo. I podobno Dojazdówka, tfu, Jolka wyszła ostatnia. Ty, jak ona nie żyje to chyba nie wypada o niej mówić per Dojazdowka?
- Możesz mieć rację. Tylko nie wiem,czy wszyscy pamiętają jak miała na imię. Ty, a ona miała dzieci?
- Miała syna. Dorosły jest, mieszka w Londynie podobno od lat.
- A, no ale co u Karolków? Gadaj.
- No mówię Ci, że nic. Tyle tylko wiem, że jak wychodzili to żyła i coś tam opowiadała i wszyscy się w pośpiechu zbierali, żeby już tego nie słuchać. No a potem okazało się, że ona tak nie do końca wyszła bo rano ją sprzątaczka znalazła na schodach pół piętra niżej. Narobiła wrzasku, pół kamienicy wybiegło, żeby zobaczyć co się dzieje. Jakiś facet schodził z psem po schodach i mało zawału nie dostał. Pies zaczął wyć, ludzie się zbiegli. Jakaś paniusia w szlafroku wybiegła i zatrzasnęła za sobą drzwi. Stała potem w tym szlafroku pół godziny i czekała aż jej dziecko wróci ze spaceru z psem i jej drzwi otworzy. A szlafrok miała taki, że na moment wszyscy zapomnięli o Doj…tfu, Jolce. 
- Skąd ty to wszystko tak dokładnie wiesz?
- A bo tam moja teściowa mieszka. I też wybiegła. I zaraz do mnie zadzwoniła bo wiedziała, że dobrze znam Barnabę i jego żonę.
- A, no tak. Zapomniałam, że nasze miasto to mała wioska jest. No ale co jej się właściwie stało?
- No i powiem Ci, że nadal nie wiem. Policja twierdzi, że niby otruta, może zawał, a może spadła i się sama uderzyła w głowę? Jacyś tacy dziwnie niedokładni są w tym swoim milczeniu.
- Dziwne. Jak jest jakaś zbrodnia w świecie filmu to zaraz wszyscy wiedzą jak i kto i dlaczego i nawet jaki miała rozmiar buta ofiara. A tu nic nie wiedzą?
- Może wiedzą ale wolą nie mówić? Zadzwonię później bo szef nade mną sterczy i się domaga pracy. Cześć.
- Cześć.

K6#4

- Dzień dobry pani.
- Dzień dobry.
- Tu kiedyś był sklep z telefonami.
- Tak, podobno był - odpowiadam grzecznie, domyślając się, jaki będzie ciąg dalszy.
W sklepie z grami planszowymi, który prowadziłam od pół roku, był wcześniej salon Orange. Nie ma go już od ponad roku ale ludzie wciąż o niego pytają. Wiadomo, telefon zmienia się gdy kończy nam się umowa. Czyli raz na rok lub jeszcze rzadziej.
- No i proszę panią chciałem sobie kupić nowy telefon i przy okazji może jakiś inny abonament? Bo widziałem w telewizji, że można taniej.
Przyglądam się klientowi. Tak na oko ma coś może z 75 lat. Taszczy reklamówki z zakupami. Pewnie wstąpił po drodze do domu, zaintrygowany reklamą.
- Wie pan co, ja niestety nie sprzedaję telefonów. Sprzedaję za to gry planszowe.
- Gry planszowe? Ciekawe. Ale jakbym chciał inny abonament w telefonie to mi pani doradzi?
Do faceta ewidentnie nie trafia, że gry planszowe są tu teraz głównym towarem.
- Nie poradzę panu bo się na tym nie znam. Musi pan iść do salonu.
- No ale tu był salon. Telefon tu kiedyś kupiłem. 
Na potwierdzenie swoich słów wyciąga z kieszeni telefon, na oko model sprzed kilku lat. 
- Nie pomogę panu. Przykro mi, musi pan znaleźć salon.
- Szkoda. A gdzie jest ten salon?
- Niestety nie wiem, ale zaraz panu znajdę w internecie gdzie jest najbliższy…
Uff, w końcu poszedł. Szukać salonu oczywiście. Chociaż widziałam, że nie do końca mi uwierzył, że nie kupi u mnie telefonu. Tyle pudeł na półkach i zero telefonów?!

Jakby na poparcie moich myśli rozdzwoniła się moja komórka. Tośka oczywiście:
- Jesteś? To wpadam na kawę zaraz. 
- Jestem. A gdzie miałabym być?
- Ok, to lecę bo się urwałam z pracy na chwilę.

Tośka wpadła do sklepu z impetem kwadrans później. Złapała oddech i usiadła.
- Słuchaj, ale afera jest. Wyobraź sobie, że policja zażyczyła sobie od Karolków listę ludzi, którzy u nich grywali. I chcą też listę graczy ogólnie. Że wiesz, kto w naszym mieście i nie tylko gra, z kim Doj…,tfu, Jolka mogła się spotykać. I wychodzi z tej ich gadki, że znaleźli jakieś jej zapiski. Ze spotkań, i że jakoś tak wychodzi, że podejrzewają wszystkich, którzy z nią kiedykolwiek grali. A to długa lista będzie - roześmiała się Tośka.
- Serio chcą listę wszystkich, z którymi grała? To przecież pół miasta będzie. Bo skoro wszyscy jej unikali to musiała się wciąż do nowych dosiadać. Czemu ona właściwie tak lubiła grać?
- A bo ona podobno ubzdurała sobie, że jak gra to znajdzie sobie mądrego faceta. Że niby jak ona taka mądra to tylko mądry na nią poleci. I wiecznie szukała. I wiecznie się wymądrzała. Ten jej ex mąż to łatwo z nią podobno nie miał. W każdym towarzystwie próbowała pokazać, jak to jej ciężko z nim, jaki on niezaradny itp. A facet rozgarnięty, przystojny, kierownicze stanowisko ma od lat i karierę robi jako informatyk. 
- To może jednak on nie wytrzymał i kogoś nasłał?
- E, nie. Oni już od lat nie mięli ze sobą nic wspólnego.
- No to kto? Przecież poza tą jej głupotą to ona mało szkodliwa była?
- No właśnie nie wiem. Ale mam pewne podejrzenia… - Tośce rozdzwonił się telefon w torebce.
- Tak szefie, już wracam, tak, załatwiłam oczywiście. No zaraz będę. - powiedziała w komórkę wywracając do mnie oczami.
- Muszę lecieć bo mój szef siedzi w biurze i się mnie doczekać nie może. Ty, a może się spotkamy wieczorem to pogadamy dłużej?
- Możemy. Ale nie dzisiaj. Dzisiaj gramy wieczorem w Nations. Będzie długo coś czuję.
- Matko, ty i to twoje granie. No ok, to co, w piątek?
- Ale czekaj, mówiłaś, że masz jakieś podejrzenia.
- Mam, ale są tak głupie, że muszę je sama najpierw przeanalizować a potem ci powiem. Bo ja coś kiedyś widziałam. I teraz, jak Doj..., tfu, Jolka, nie żyje to to coś nabrało całkiem innego znaczenia. Bywaj kochana, papa.
Wybiegła. A ja zostałam ze swoimi myślami. Też coś kiedyś widziałam. I też to teraz nabrało innego znaczenia. Rozmyślania przerwał mi klient.
- Dzień dobry, ja właśnie zauważyłem, że tu taki fajny sklep jest i chciałem zapytać czy ma pani może taką grę. Ja w nią raz kiedyś grałem. Takie okrągłe karty tam były. Bardzo fajna i śmieszna. 
- Pewnie Dobble? - pokazuję pudełko, które akurat okrągłe nie jest ale zawiera w środku okrągłą puszkę z grą.
- O, tak, to to, super jest. To ja poproszę.
Pakuję Dobble. Jest ta gra genialna. A mój błędnik nie chce w nią grać

K6#5

- Dzień dobry pani, perfumy sprzedaję, same firmówki, chce pani?
- Nie, dziękuję. Mam już perfumy.
- No kup pani, co pani szkodzi.
- Ale ja już mam!
Przynajmniej raz w tygodniu odwiedza mnie ktoś oferujący perfumy lub biżuterię.
Raz nawet przyszedł pewien pan sprzedający urządzenie do sprawdzania banknotów. Ale sam ten pan wyglądał bardziej fałszywie niż fałszywe banknoty.
- No to co, że pani ma tą maszynkę na kartę. To wszystko chińskie, to nic nie działa. 
- Ależ dziala, gwarantuję panu, naprawdę da się przy pomocy tego płacić.
- Chińskie i tyle. - Trzasnął drzwiami mamrotając coś po drodze o głupich babach.
Mogłam spokojnie wrócić do zamawiania towaru. Gier, i to dobrych gier, w Polsce przybywało. Co miesiać jakieś wydawnictwo ogłaszało, że wyda jakąś super grę. 
- Dzień dobry, ma pani Talisman?
- Dzień dobry, niestety, czekamy wszyscy aż wydawnictwo ogłosi dodruk. Ale powinien lada chwila być.
- No dobra, to będę zaglądać.
Klik, klik, koeljne tytuły lądują na liście zamowienia. Fascynuje mnie niesłabnąca popularność Talismana. Losowa, przygodowa gra. A pomimo losowości i rozgrywki trwającej czasami w nieskończoność, ludzie ją kochają. Pamiętam faceta, który wszedł do sklepu, zobaczył na półce Talismana i wyszeptał "nagle poszułem zapach dzieciństwa, muszę tę grę mieć, moje dziciaki też muszą ją poznać". 
- Dzień dobry, czy ja u pani dostanę może taką grę, gdzie są pociągi? Graliśmy u znajomych i było super.
- Pewnie wsiąść do pociągu. Jasne, proszę, może być z mapą Europy lub USA.
- O, pięknie, to chyba z USA poproszę, będzie trudniej.
       Wróciłam do zamowienia. Ciężko mi się myślało. Wciąż w głowie tłukły mi się myśli. Wczoraj wiieczorem spotkałam się z Tośką. I Tośka też coś widziała. Była kiedyś z Doja…Jolką na delegacji. Tzn Tośka była i nie ma pojęcia, skąd się tam Jolka wzięła bo nijak nic wspólnego zawodowo nie miały. I Tośka twierdzi, że Jolka tam przyjechala za jakimś facetem. I ma wrażenie, że facet nie był zadowolony. I że powinna tego faceta znać. Ale nijak nie może sobie przypomnieć, kto to był bo było tam wtedy 150 osób. Z czego sto całkiem obcych a pięćdziesiąt znala z różnych innych wyjazdów. Facet był dosyć charakterystyczny. Taki egzotyczny, oliwkowy brunet, jak go określiła Tośka. Baby na niego leciały strsznie. Ciągle jakieś przy nim świergotały. No i w tym wszystkim Jolka. Ona akurat świergotała najbardziej i dlatego Tośka ją zapamiętała. I za cholerę nie pamięta, kim ten facet był.
A ja miałam podobne wspomnienia. Oliwkowy facet….to nawet pasowało. Wlaśnie jego szukalam na zdjęciach z wakacji. Ale na razie udało mi się przeglądnąć tylko z jednego roku fotki. W dobie aparatów cyfrowych szukanie jednego zdjęcia z małym szczegółem pomiędzy tysiącem innych zdjęć było koszmarem. Co mnie podkusiło, żeby tyle zdjęć robić? dzieci na plaży - a gdzie niby miałyby być skoro byliśmy nad morzem. dzieci w morzu, no przecież byłiśmy nad morzem. dzieci na piasku, na deptaku, z lodami. Tak jakbym na codzień nie miała dosyć widoku dzieci.
Z trudem oderwałam się od myśli o Oliwkowm.
- Dzień dobry, tu kiedyś był fryzjer...

K6#6


   Tośka poleciała na jakąś konferencję do Londynu. Często latała ale ostatnio jakoś częściej. Z Tośką znałam się od lat. Pomimo skrajnie różnych charakterów przyjaźniłyśmy się bardzo. Każda z nas miała swój sposób na życie ale żadnej nie przeszkadzało to, że się różnimy. Było to raczej miłym urozmaiceniem naszej przyjaźni.
- Jestem na lotnisku. Jak wrócę to się musimy spotkać. Nie będę ci teraz mówić co wiem bo nie mam glowy do tego. Ta konferencja jest wazna dla mnie. Opowiem, jak wrócę. Nie, na skypa też nie będę miała czasu. Ani głowy.
- Toska, czy ty się aby nie zakochałaś znowu?!
Przed wylotem Toska zadzwoniła:
- Nie bądź taka szklana kula – odwarknęła Tośka.
Toska zakochiwała się średnio raz w roku. Zawsze najbardziej cieszył ją etap zdobywania faceta. Jak już był zdobyty i oswojony to stawał się nudny i jakiś taki nieatrakcyjny.
- Lecę bo już wołają. Jak wrócę to ci opowiem. Bo ja Oliwkowego znam jak się okazuje. Tylko nie zawsze był taki oliwkowy.
Rozłączyła się.
Siedziałam w swoim sklepie i rozmyślałam. Nad Tośką, nad Oliwkowym.
Ruch był dzisiaj dosyć duży więc musiałam przerwać rozmyślania i jednak zająć się przekonywaniem ludzi do grania w gry planszowe. Czasami szło to bardzo opornie. Najbardziej nie lubiłam sytuacji gdy ktos wchodził z dzieckiem, dziecku oczy się do planszy świeciły a jego np. ojciec stwierdzał „e, no coś ty, w taką gre będziesz grał?: I wyciągał dzieciaka ze sklepu.
Jasne, gdyby dzieciak zaczął grać w gry planszowe to pewnie i tatuś musiałby się oderwać od komputera. A to za duże ryzyko.
Wszedł kolejny klient.
- Cześć kochana. Ależ dawno Cię nie widziałem!
O nie, jęknęłam w duchu. John. A właściwie Dżon bo imię „John” jego mamusia sobie wymyśliła lata temu, gdy w Polsce jeszcze nie można było zapisywać imion z obcą pisownią. Dźon miał obecnie lat coś około czterdziestu. Wieczny amant. Nieco przechodzony. Trochę łysiejący ale wiecznie z łysiną walczący. Jakieś wcierki, jakieś turbany z maścią. I wcale się z tym nie krył. Był kopalnią wiedzy o nowoczesnych kosmetykach.
- Cześć Dżon. Tez cię dawno nie widziałam. Co tam u ciebie?
- Kochana, dużo się dzieje. Byłem teraz w spa, mówię ci, jak młody bóg się czuję. A moja skóra, sama zobacz, dotknij tylko.
Wcale nie miałam ochoty na dotykanie ale wiedziałam, że jak nie dotknę to go obrażę. Niby powinno mi być wszystko jedno, czy się obrazi czy nie ale w gruncie rzeczy lubiłam go nawet. W jakiś sposób byliśmy spokrewnieni., znaliśmy się od dziecka z różnych imprez rodzinnych. Gdy dorośliśmy Dżon na jakiś czas przepadł gdzieś za granicą. Robił jakieś biznesy, z wykształcenia był chemikiem, kosmetyki to był jego żywioł. Testował na sobie wszystko co się dało. Przy każdym spotkaniu usiłował mnie przekonać, że muszę, ale to „koniecznie kochana”, zacząć używać kremów na oczy, pod oczy. I koniecznie jakieś zabiegi.Laser, dermocośtam i inne. Włos mi się na głowie jeżył od tego. I zmarszczek przybywało.
- Kochana, mam dla ciebie krem. Jak się ostatnio widzieliśmy to wyglądałaś na bardzo zaniedbaną.
- Dżon litości. Jak to na zaniedbaną?!
- No wiesz, taką suchą i bez kremu.
Poddałam się. Trudno. Wezmę krem i nie będe dyskutować.
- A ja słyszałem, że gry planszowe stają się modne. To strasznie dziwne. Wiesz, ty zawsze za dziwoląga w rodzinie robiłaś przez te gry. A teraz proszę proszę, dziwoloąg robi się modny.
To co w Dżonie lubiłam najbardziej to jego szczerość. Walił prosto z mostu i co ciekawe, nie było to niegrzeczne. Mial taki styl, że wszyscy mu wybaczali. Po prostu radośnie głosił prawdy wszelakie, z usmiechem na gładkiej twarzy.
- Modne, modne. To co, zagrasz w końcu?
- A masz coś o kosmetykach? – zachichotał.
- Mam grę CO2, ale wątpię, żebyś chciał w nią zagrać. Za trudna dla ciebie. A tak swoją droga to się dwutlenek węgla wykorzystuje w kosmetykach może?
- Oczywiście! Czy ty wiesz jaka karboksyterapia jest teraz modna?! Jeszcze nie próbowałem bo po ostatnich zabiegach muszę mięć trochę przerwy. Ale może ty masz ochotę?
- Nie, dziękuję, ja zaczekam aż ty wypróbujesz. Dżon, czy ty może pamiętasz albo znasz takiego faceta, takiego mocno oliwkowego, on mi się kojarzy jakoś z naszymi wakacjami nad morzem. Ty tam też wtedy przyjechałeś na chwilę, po drodze chyba na jakąś delegację czy targi czy inny kij. Pamiętasz?
Zauważyłam ze zdziwieniem, że Dżon lekko pobladł. Widocznie nawet na super zadbanej twarzy też się bladło.
- Oliwkowy powiadasz? Nie, nie przypominam sobie.
- Dżon, przecież widzę, że coś wiesz, Gadaj.
Otworzyły się drzwi sklepu.
- Dzien dobry. Szukam gry dla sześciu graczy, ale nie takiej typowo imprezowej.
- A może być o duchach troszkę?
- Jasne, lubimy duchy.
- To proponuje Tajemnicze Domostwo. Cudowna gra. Jedna osoba jest duchem. Musi przekazać pozostałym graczom informację na temat przebiegu wydarzeń dawno temu. Ma do dyspozycji takie niesamowite karty.
Klientka ogląda i widzę, że jej się podoba.
- Brzmi tajemniczo. Wezmę. Właściwie to szukałam czegoś w tym stylu. A tu można grać wspólnie to super bo nawet z dzieciakami zagramy.
- Na pewno będą się dobrze bawić przy tym. Gwarantuję pani.
Zaczęłam pakować grę. Zerknęłam na bladego Dżona, który wiercił się nerwowo.
- Ja już muszę iść. – popatrzył na swój duży, złoty zegarek i zaczął się zbierać do wyjścia.
Wstał i zaczął drobnymi kroczkami zmierzać w stronę wyjścia. A ja nie mogłam go nijak powstrzymać przy klientce. Nie chciałam robić scen. Ale Dżon to kolejna osoba, która coś wie.
Jakiś klub czy co? Wszyscy coś wiedzą ale nikt nie chce nic powiedzieć.
Kim do cholery jest ten Oliwkowy?!
I co Dżon ma z nim wspólnego?
- Proszę bardzo. – podałam pani torbę z grą, przyjęłam gotówkę.
- Dziękuję i do widzenia.
- Do zobaczenia.
Cholerny Dżon zwiał mi w najciekawszym momencie. I nagle mnie olśniło. Przecież Dżon nie bez powodu teraz się pojawił. Gry go nie interesowały nigdy. Nie nadawały się na wklepywanie kremu. Tektura źle znosi kremy i inne mazidła.
Dżon…on coś wie. Zaczęłam obdzwaniać rodzinę celem uzyskania numeru do niego. Odkąd zniszczyłam swoją komórkę miałam problemy z odzyskaniem dziesiątek numerów zbieranych przez lata.
- Dzień dobry. Perfumy sprzedaję. Wróżę z ręki…

K6#7


- Dałaś mi tego psa, żeby mnie obszczekał?! – Kitek patrzył na mnie złym wzrokiem z drugiego końca stołu.
- Żeby cie podlał! Co się ciskasz? Graj!
- Yhm. Gram. Ok. Tylko…a nic. Podczas tej głupiej gry nie wolno przecież mówić. Czyż nie?!
Gralśsmy u Karolków w Tichu. Kitek nie cierpiał tej gry serdecznie. Zmusiłam go do zagrania, żeby odwiedzić Karolków i dowiedzieć się czegoś bliższego o morderstwie.
- Karolku, sądziłeś, że co ja mam na ręce jak ci dałam na początku jopka?!
- A ja wiem, co? Kobietą jesteś, nie musi być w twoim działaniu logiki. To znaczy pewnie jest. Ale babska. A ja jej nie ogarniam.
- Ty najpierw swój rozum ogarnij a potem się za logikę bierz!
Żona Karolka, zwana powszechnie Karolcią, zacisnęła zęby i wyglądała jak tygrysica w klatce.
Wyglądało na to, że za chwile wszyscy się tu pozabijamy. Co w sumie mogło stać się niejaką tradycją u Karolków. Najpierw Jolka, teraz my…
-  Ale słuchajcie, nie kłóćmy się aż tak. Ja muszę się was o coś zapytać. Bo był u mnie Dżon. Wiecie, ten mój niby kuzyn jakiś. On się czasami szwędał po różnych imprezach, musieliście na niego chociaż raz trafić. Taki gładki.
- A, wiem. Taki po liftingu? – Karolcia popatrzyła na mnie w skupieniu. – Wiesz, to ciekawe, że o nim wspominasz bo on tu był jakoś tak tydzień przed zabójstwem Jolki. On chyba nie wie, że my go kojarzymy. Wyobraź sobie, że zapukał pewnego dnia do drzwi i udawał, że szuka Zielińskich. Ale podczas rozmowy jakoś tak niezręcznie się o Jolkę wypytywał. Że wiesz, że jak nie mieszkają tu Zielińscy to może my znamy taką jedną. I opisał wypisz wymaluj Jolkę. Spławiłam go.
- Hm. Był tu. Dziwne. Bo u mnie też był. I się zmył szybko.
- Może skończycie gadać i wrócimy do tej bezsensownej gry w końcu? – Kitek najwyraźniej miał dosyć.
- Ok, później pogadamy. To ja króla.
- Kurde, miałaś jeszcze jednego króla?!
- No zazwyczaj to cztery są w talii.
- Śmieszne.
- Przebijam…
Nie wygraliśmy tej rozgrywki. W Tichu gra się parami. para na parę. Staram się nie grać z Kitkiem w parze, żeby uniknąć spięć małżeńskich. Ale tym razem musieliśmy grać razem.
No ale można powiedzieć, że wygraliśmy bo do domu wracaliśmy cali i zdrowi. Nie pozabijaliśmy się podczas Tichu.
- Milion razy ci mówiłem, że ta gra jest potwornie losowa. Że żadne myślenie sensu tu nie ma za grosz!
- Oj Kitek, ty też jesteś nieprzewidywalny a mimo to cię kocham. Tichu też kocham. Musisz z tym żyć.
Nie miałam czasu na kłótnie. Podczas gry dostałam wreszcie wiadomość z numerem Dżona. Nie mogłam się doczekać spotkania z nim.
K6#8


Zamknęłam się w łazience, żeby móc spokojnie porozmawiać. Z niewyjaśnionych przez psychologów powodów, dzieci idealnie wyczuwały moment, gdy miałam coś ważnego do zrobienia i natychmiast pojawiały się w pobliżu z masą pytań.
Wybrałam numer. Za drzwiami słyszałam głosy:
- Kurde, mama się znowu zamknęła. A ja mam usprawiedliwienie do podpisania.
- A ja muszę jutro za kino zapłacić.
- Czekamy? Pewnie w końcu wyjdzie.
- Wyjdzie i będzie się awanturować, że podsłuchujemy.
- Ok, to rano ją dopadniemy.
Uf, poszli na górę. Telefonu nikt nie odbierał. W końcu, za trzecim razem, odezwał się zaspany męski głos:
- Dżon przy telefonie, kto mówi?
- Cześć mój drogi. To ja, poznajesz po głosie?
- Eee, no tak. Cześć. Co tam?
Słychać było mocno, że Dżon bardzo chciałby udawać, że to nie on. Ale było już za późno.
- Dżon, nie wygłupiaj się, przecież wiem, że ty coś wiesz! Kim jest ten oliwkowy facet?!
- Eee, no wiesz. Nie wiem o kim mówisz.
- Wiesz. Oliwkowy facet, który się plątał nad morzem. Byłeś tam wtedy i pamiętam, że jakieś coś wisiało w powietrzu. Ale nikt nie wiedział o co chodzi. A że akurat graliśmy to nikt nie miał głowy do rozważań towarzyskich. O co tam chodziło?
- Ok, to trochę ci powiem. Ale sam za dużo nie wiem. Ten Oliwkowy to taki mój dawny kumpel. Kazio się nazywa. On udaje Włocha bo baby na to lecą. Ale tak na serio to jest z jakiejś małej wioski koło Opola. Dorobił się i robi za takiego co to wiesz…
- No ale co on miał z Jolką wspólnego?
- No tego właśnie do końca nie wiem. Wiem, że ona na niego leciała. I to bardzo. A on wolał młodsze. I strasznie mu było nie na rękę, że ona tak za nim łazi bo ona go znała z dzieciństwa jeszcze i mogła wszędzie rozchlapać, że on to taki mało południowy jest.
- Ale przecież nie zabił jej za to?!
- A ja wiem? Ja miałem z nim akurat pewien biznes do załatwienia i za cholere nie mogliśmy się spotkać bo ta głupia Jolka ciągle za nim laziła. Wiesz, jak baba się wścieknie to nie poradzisz.
- No to mi nie pomogłeś. Myślałam, że coś więcej wiesz. A gdzie ten Oliwkowy teraz jest?
- I tego właśnie nie wiem. Poleciał podobno do Egiptu na wakacje i nie odbiera maili ani nic. Ale ja w ten Egipt nie wierzę. Bo mam wrażenie, że go widziałem niedawno. Tylko, że był mniej oliwkowy niż zazwyczaj. Jakiś taki wyblakły.
- Mamoooo, wyłaź już!Za drzwiami łazienki zaczynało się robić tłoczno. Słyszałam szuranie i tupanie. Było ich coraz więcej. Jak zombie cholera jasna!
- Ok, Dżon, kończę bo zaraz mi drzwi wyłamią. Wpadnij do mnie do sklepu jutro. Coś ci muszę pokazać.
- Ok, kochana, a ja ci kremik przyniosę na zmarszczki. Przyda się!

K6#9

Tośka wróciła wreszcie z delegacji. Wciąż była niedostępna, biegała jak wściekła i coś tam załatwiała.
Z trudem udało mi się ją zmusić do spotkania. 
Siedziałam w kawiarni obserwując parę z małym dzieckiem. Dziecko usiłowało wylizać szybę za którą leżały apetyczne ciastka. Jego matka patrzyła na to z rezygnacją. Jakaś starsza pani siedząca obok nie wytrzymała:
- Niech pani weźmie to dziecko z tej szyby!
Matka popatrzyła ciężkim wzrokiem na kobietę i zabrała dziecko. Wyrywało się i darło potwornie. Wszyscy w kawiarni popatrzyli z wyrzutem na starszą kobietę. 
- Jak lizało szybę to było cicho! - skomentowała siedząca obok mnie dziewczyna.
Wpadła Tośka więc straciłam zainteresowanie sceną.
- Tośka, cholera jasna, ja cię kiedyś uduszę. Coś ty znowu wymyśliła?! Kim jest ten twój nowy podryw?
- Oj nie marudź. Piękny jest taki cały. I inteligentny, co nie zawsze chodzi w parze. Jak doskonale wiesz. 
- No wiem.
Westchnęłyśmy obie. Zdanie na temat facetów miałyśmy wyrobione. Albo piękny jak z obrazka i głupi. Albo inteligentny jak diabli ale brzydki i zaniedbany. Środka nie było.
- Gadaj co wiesz!
- Co ja wiem, co ja wiem. Ty myślisz, że ja mam głowę teraz do zbrodni?!
- Tośka!
- Ok, ok, nie wrzeszcz. Patrz, jakieś dziecko wylizuje szybę. Paskudne. Powiem coś tej matce!
- Nie! Jak przestanie lizać to będzie wrzeszczeć!
Tośka popatrzyła na mnie dziwnym wzrokiem ale odpuściła pouczanie matki.
- Otóż wiem, że wiem za dużo. Wiem, że ten Oliwkowy nazywa się Kazimierz Morowiec. I że jest uwikłany w przemyt. Ale nie do końca wiem, co on przemyca. Natomiast byłam świadkiem jego rozmowy z innym przemytnikiem. I była ze mną wtedy też Jolka. I tak sobie myślę, czy nie zacząć się bać o własne życie.
- I ty mi to dopiero teraz mówisz?! Ta miłość całkiem cię oślepiła?!
- No wiesz jak jest. 
Wiedziałam. Wiedziałam doskonale, że dopóki nie minie jej amok miłosny to jest stracona. Ale to nie potrwa długo. No chyba, że tym razem trafiła na jakiś szczególny okaz.
- I co ten Morowiec?
- Słyszałam jak się z kimś umawiał. I że kogoś trzeba usunąć bo za dużo wie a bruździ. Ale nie tak dosłownie to mówił. To jakoś tak wynikało z jego wypowiedzi.
- I ty to wszystko słyszałaś? I on o tym wie?!
- Nie wiem,czy wie. To ta głupia Jolka się kiedyś wygadała, że słyszałyśmy taką dziwną rozmowę.  Jak zwykle wbiła się w towarzystwo bez zaproszenia. Jakieś urodziny u Karolków to były. Wyjątkowo w nic nie grali bo ekipa była mieszana. Gracze i nie-gracze.. I siedzieliśmy, piliśmy, jedliśmy, opowiadaliśmy, jak to na imprezie. No i ni z tego ni z owego Jolka zaczęła opowiadać jaką to straszną rozmowę słyszała.
- Przy stole to opowiadała? To pomyśl może kto tam z wami wtedy był?
Tośka się zamyśliła. Widziałam po jej minie, że coś jej w głowie siedzi.
- Tośka, gadaj o co chodzi. Kto tam był?!
- Dużo ludzi było. Zrobię listę i ci wyślę mejlem, ok? Muszę lecieć.
Machnęłam ręką z rezygnacją. Wiedziałam, że i tak nic z niej nie wyciągnę.
- Leć. Ja spadam do domu. Pewnie już się stęsknili.
Dziecko nadal lizało szybę. Ale nikt już nie protestował. 


K6#10

Wracałam do domu po spotkaniu z Tośką. W głowie kołatały mi różne myśli. Z Tośką tak było zawsze. namieszała, namieszała i znikała. To znaczy była niby w ciągłym kontakcie ze mną. Przecież przyjaźniłyśmy się od lat. Ale jak się uparła, że czegoś nie powie to amba i już.
Rozmowa z Tośką przypomniała mi pewne spotkanie towarzyskie. Graliśmy wtedy w jakieś cięższe euro. Nie było trudne tylko wymagało przeliczania wielu rzeczy. Reguły wszyscy ogarnęli od razu. Prawie wszyscy. Grała z nami Jolka. Kij wie, skąd się wzięła. Przylazła i już. I była. A Jolka miała taki cudowny zwyczaj dopytywania się o reguły. Jak wszystko było oczywiste to ona i tak zadała pytanie. Na przykład:
- Ale czekaj. Tu są trzy miejsca. To znaczy, że troje z nas kładzie tam swój żeton a dla czwartej brakuje miejsca?
- Dokładnie tak. 
Widziałam, że Kitek zaraz eksploduje. Na stole obok grała druga ekipa w inną grę ale widziałam, że chłonęli nasze rozmowy jak gąbka.
- A jak będziemy się tu kłaść to zgodnie z tym, kto pierwszy, drugi i tak dalej?
- Tak. Zgodnie z ruchem wskazówek zegara. 
Kitek już zaczynał warczeć.
Z Jolką było tak zawsze. Za każdym razem usiłowała udowodnić wszystkim dookoła, że tylko ona myśli. Widać było wyraźnie, że oczekuje z naszej strony wdzięczności, że ją mamy przy sobie. Że dzięki niej wiemy, jak grać…
- A te numery tutaj wskazują na kolejność, tak? Że jak już położę żeton na trzy to nie mogę się potem na dwa cofnąć?
Kitek już nawet nie odpowiedział. W ekipie obok zapadła cisza i widziałam, że nie grają tylko czekają w napięciu na rozwój sytuacji u nas.
- Nie radzę - warknęłam w ich kierunku.
W odpowiedzi wyszczerzyli zęby i nadal czekali.
Nie pamiętam już kto wtedy wygrał. Wiem, że graliśmy długo i że atmosfera była gęsta. I wiem, że na trzeźwo tego nie wytrwałam.
Dotarłam do domu. O dziwo było cicho i spokojnie. Pewnie w coś grali. Nie ma to jak mieć kasyno w domu.






Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza