sobota, 23 lutego 2013

Some men buy stocks...





My husband makes boardgames.
To make them he lives a kind of dream
In which his actions aren't always
What they seem.
He may be on to some unique romantic
Theme.
Some men catch fish, some men tie
Flies,
Some earn their living baking bread.
My husband, he goes a little crazy
Making boardgames instead.

My husband spins fantasies,
He lives them, then gives them to you
All.
When he was working on the game on
Robinson,
He made the adventure take the
peoples' homes.
Some men buy stocks, some men punch
Clocks,
Some leap where others dare to tread.
My husband as author and director,
Makes up stories in his head...

z filmu "Nine".

poniedziałek, 18 lutego 2013

BGG.




Może nie wszyscy jeszcze znają felietony Trzewika na BGG.

Ja je uwielbiam.

Ch.K. (znaczy Chaos Kontrolowany)




Dzisiaj nagle, niespodzianie, okazało się, że prowadzę w MDKu tzw warsztaty z gier planszowych.

Że prowadzę je od 15 to nic. Ale, że o tym zapomniałam, to już gorzej.

I dlatego tuż obok godziny 15.00 zastałam pod swoją salą grupkę dzieci.

A gier nie miałam. Oj nie.

A w sali miałam spory kawałek Portalu...

Nic to.

Jakieś gry się znalazły. W coś pograliśmy.

Bałam się trochę co nastąpi o godzinie 17.00 ponieważ plakat wiszący na www MDKu głosił, iż zapraszam na gry dla dorosłych...

...

Nic to.

Dzisiaj mieliśmy grać w Western Town.

Gra to dziwna. Zamotana jak kłębek wełny. A gdy tłumaczy ją Trzewik, jej zamotanie staje się bardziej kłębkowate.

Zasiedliśmy zatem,  Asiok, Tomek, Ryu i Ja.

Po godzinie pełnej niewyraźnych wypowiedzi Trzewika, nastąpił trudny do opisania setup.

Uważam, że niewyraźnych reguł nie powinni tłumaczyć ludzie z niewyraźną wymową.

Ale nic to. Daliśmy radę. I nawet Asiok nie udusił mi męża.

Pośród awantur ( z tym gościem, który nam tłumaczył) doszliśmy jakoś do końca.

Jakimś cudem nie przegrałam tak całkiem. Ale też i całkiem nie wygrałam.

I za cholere nie wiem, czemu mi się ta gra podoba.

Chaos niby tam jest, bliski memu sercu.

Ale pozorny.

I niby można nieźle się bawić w kółeczko, patrząc, co przeciwnik
wyprawia.
I niby można tam wiele przeliczać.
I niby mamy na ręce prawie te same karty a ich ilość jest tak ograniczona, że można sobie policzyć, co kto ma.

Niby.

Ale tak na serio to najbardziej mnie wkurzało głównie to, że niby graliśmy w cztery osoby a tak naprawdę mogłam wtłuc tylko sąsiadom. Tomek był mi niedostępny do bicia.

Niby. Bo mogłam niby wymuszać na Asioku coś tam, żeby musiał to zrobić Tomkowi...

Niby.

Nie wiem o co chodzi ale gra mi się podoba i już.

Za tydzień gramy jeszcze raz!

Może się dowiemy w końcu o co chodzi tym Indianom.

I czemu jedni z nich są czerwoni a inni pomarańczowi?!






Resorak, ewentualnie popierdółka.



Auto moje ukochane zostało w domu z Trzewikiem.

Milczało godnie.

Trzewik nie:

" Merry, ta twoja popierdółka nie jeździ szybciej niż 120km/h?"

"Merry, masz tam bagażnik?"

I w ten deseń.

Gdy byłam na stoku, dopadł mnie telefon od wściekłego Trzewika:

"Merry, gdzie się k....a otwiera bak w tym resoraku?!"

Otworzył.

Po powrocie dostrzegłam, że biedny mały resorak ma włączone wszystkie możliwe funkcje, nawet te, o których nie wiedział, że je ma.

Tablica rozdzielcza świeciła jak choinka...


sobota, 16 lutego 2013

Powrót do domu.






Powrót do domu nastąpił.

Nie za szybko, w życiu nie widziałam tak dziurawych dróg jak na Słowacji.

No i do tych dziur mają ograniczenie prędkości do 50 km/h. Taka ironia.

Bo nawet się tej prędkości przekroczyć nie da nie ryzykując utraty zawieszenia.

Spędziłam pięć upojnych dni na stoku, Lenka uczyła się jeździć. Uczyła się w Dzień Pierwszy.

W Dzień Drugi już śmigała samodzielnie i trudno ją było dogonić momentami.

Skąd u dzieci to umiłowanie szybkości?!

Nina olała mnie już w pierwszy dzień i jeździła z resztą ekipy po normalnych stokach, oznaczonych kolorem czerwonym a nie niebieskim.

Sonia spędziła miło czas na czytaniu i graniu, odmawiając zdecydowanie założenia nart.

Wieczorami zasiadaliśmy przy suto czipsami i serkami zastawionym stole.

Kurde, schudnąć się nie dało.

Szkoda, że już się skończyło. Że na następne narty musimy czekać rok.

Istnieje obawa, że jeżeli nie zmienię nart i nie poprawię techniki jazdy to za rok mogę zostać olana również przez Lenkę i pozostawiona na niebieskich trasach.

A w domu...

A w domu był sobie stęskniony Trzewik. Który wysyłał mi zdjęcia domowe, usiłując zmusić nas do wcześniejszego powrotu.

Wysłał mi nawet zdjęcie Juka... Serce mi drgnęło, muszę przyznać. Juke został w domu bo nie posiada bagażnika na narty;(

I została też Furia. I Belka. I Gina. I Rufi. I myszoskoczki. i żółwie.

Ktoś mi może wyjaśnić, czemu trafiają nam się takie zwariowane zwierzęta? I nie mam na myśli żółwi. Czemu kot Tycjanów przytula się do nich miło a nasza Furia atakuje Belkę?

Czemu kot rzuca się na psa?!

Czemu kot kąpie się w toalecie?

Czemu....

Czemu?!